Banialuki na bok!

Nareszcie, nadeszła ta długo oczekiwana chwila, po czterech latach katorgi i męczarni w niewyobrażalnych mękach. Mowa tutaj oczywiście o języku polskim – przedmiocie, który nie wnosi nic nowego do życia, a tym samym sprawia, że czujemy nierzadko z jego powodu ucisk intelektualny. Ostatnimi czasy mamy zaszczyt, a może nie tyle zaszczyt, co obowiązek zdawania z Kłopotem matury. Używam celowo słowa ‘obowiązek’, ponieważ nikt z nas nie przepada za tym beznadziejnym przedmiotem, który jest, a raczej był w samym sednie naszego tragizmu. Właśnie uświadomiliśmy sobie, że koniec z polskim raz, na zawsze.
Nasza agonia zakończyła się z chwilą zdania ustnego egzaminu, co wbrew pozorom nie było oczywiste dla wszystkich po wyjściu z sali, gdzie były przeprowadzane egzaminy. Nie zapomnę tych chwil do końca życia. Po egzaminach dekadenckie nastroje postanowiliśmy złagodzić napojami alkoholowymi, które w czasie oczekiwania na wyniki były niezbędne, jednak nie przyniosły one choćby minimalnej ulgi. Stres, jaki wszyscy przeżywaliśmy był naprawdę nie do opisania. Kłopot dostał bowiem ‘pytanie ostatniej szansy’, ja źle odpowiedziałem na jedno z dwóch pytań, inny kolega stwierdził, że prezentacja, którą mówił ‘nie poszła mu’, zaś jeszcze inny witał się już w myślach z komisją w sierpniu na poprawce. I tak po długim oczekiwaniu, nadeszła w końcu ta wiekopomna chwila… ogłoszenie wyników. Na szczęście WSZYSCY ZDALI. Właśnie z tą chwilą poczułem (zapewne nie tylko ja) niezmierną ulgę, jakby 25. kilogramowy kamień odciążył moją duszę. Coś niebywałego. Pomyśleć, że od tego momentu polski nie zagości już w szeregach moich półkul mózgowych pod jakimkolwiek przymusem. Uwolniłem się od tego jakże bezsensownego przedmiotu na długi, długi czas.

Dodaj komentarz