Zainspirowały nas filmy nagrane przez Jacka Heliasza zarówno rok, jak i dwa lata temu. Postanowiliśmy więc z Marysiem wziąć udział w najtrudniejszym biegu w Polsce, Biegu Katorżnika odbywającym się 14. sierpnia w Kokotku koło Lublińca. Ponad rok odliczania, niepewność i ogromne nerwy przy zapisach, by w końcu doczekać się tej wspaniałej chwili. Przeprawa przez jezioro, szuwary, bagna i szeroko pojęte błoto, rowy melioracyjne, betonowe rury i całe setki przeszkód terenowych (naturalnych i sztucznych) należy chyba do najpopularniejszej w kraju, co też dało się zauważyć w dniu zapisów, gdzie po dziesięciu minutach nie było już wolnych miejsc. Bieg był najdłuższy w całej swojej siedmioletniej historii, gdyż liczył około 13km, które pokonaliśmy w nieco ponad 3 godziny. Na trasie padało wiele cytatów z poprzednich edycji: ‘- o co chodzi w Katorżniku, przed nami’, ‘- no i na to żeśmy czekali’, ‘- gdzie jest Wodnik Szuwarek!?’, ‘- ciśniesz, jeszcze weźmiemy paru’, a także całe mnóstwo epitetów powszechnie uznawanych za nieeleganckie. Te drugie dało się słyszeć, tudzież wymawiać w momencie, gdy któryś z zawodników nadział się na konar, beton, korzeń, lub dostał gałęzią drzewka iglastego po twarzy.
Na mecie wyglądaliśmy co najmniej seksownie. Wniosek ten wysnuliśmy po tym, gdy pani wręczająca spore kawały żelastwa ‘całowała się’ z nami. Z resztą nie wierzących odsyłam do zdjęcia poniżej.
Wysokie wpisowe nie odstraszyły nas od podjęcia wyzwania, a całe mnóstwo znajomych dowiedziawszy się o tym, uznało nas za niespełna rozumu kretynów, psychopatów i masochistów w jednym. Inni przeżywali przy tym większy stres niż sami uczestnicy w trosce o to, byśmy nie wyrządzili sobie krzywdy. A przecież o to nam właśnie w dużej mierze chodziło. Myślcie co chcecie! Nie żałujemy! I co więcej jeszcze nie raz pojawimy się na tym cudownym biegu, gdzie można dać upust testosteronowi i pokazać, że posiada się tak zwane jaja.
W rezultacie wszyscy i tak się cieszyli i mieli wiele powodów do śmiechu oglądając filmy i zdjęcia z naszych dokonań.
Katorżnicza przygoda
17/08/2011Angol godny politowania
02/08/2011Przed kilkoma dniami wybraliśmy się z kolegą o jakże wdzięcznym pseudonimie ‘Maryś’ na wieczór kawalerski Makkiego, jednego z naszych starych, dobrych znajomych ze szkoły średniej. Tak zwany ‘event’ w dużej mierze wszedł w życie za sprawą Topola i Czarnego, naszych wspólnych kompanów na co dzień zamieszkujących dzielnicę zwaną Osową Górą. Zarówno cały tok przygotowań, jak i przebieg imprezy można w skali od 1 do 10 obiektywnie ocenić na 300. Sam wieczór kawalerski tworzy wyłącznie tło głównego wątku, mianowicie opisanie tego jakże bogatego w wydarzenia dnia (a w zasadzie dwóch dni), stanowiłoby temat na oddzielny artykuł.
Podczas trwania potocznie zwanych ‘baletów’ w jednym z miejscowych klubów, mając w swoich organizmach już znaczną ilość alkoholu etylowego, postanowiliśmy z Marysiem ‘przetestować’ znajomość niebywale popularnego w ostatnich latach (zwłaszcza wśród osób kształcących się w szkołach wyższych) języka angielskiego. Podszyliśmy się pod zupełnie fikcyjne tożsamości obywateli Anglii i Szwecji rzekomo biorących udział w programie Erasmus i próbowaliśmy dowiedzieć się od przypadkowych osób gdzie można się jeszcze pobawić w naszym mieście. Wyniki tego jakże ludycznego jak się okazało eksperymentu możemy jednogłośnie ocenić jako żałosne. Wielu osobom tylko wydaje się, że umieją mówić po angielsku, rzucając pojedynczymi słowami i próbując dogadać się za pomocą gestykulacji oraz używania w co piątym wyrazie polskiego odpowiednika. Oczywiście wzięliśmy sporą poprawkę na fakt, że osoby biorące udział w eksperymencie były już mocno ‘zalane’ i ledwo trzymały się na nogach. Posługiwanie się w miarę składnymi zdaniami w języku polskim stanowiło dla nich nie lada wyzwanie, a co dopiero w języku angielskim.
Z drugiej strony, mieliśmy z Marysiem podobne zaburzenia linii horyzontalnej, a mimo to zachowaliśmy resztki ‘trzeźwego umysłu’, choć może to określenie nie jest w tym przypadku zbyt trafne.
Całe nasze doświadczenie zakończyło się podczas drogi powrotnej do domu, kiedy to na ulicy Dworcowej spotkaliśmy pana, który na pierwszy rzut oka wydawał się pospolitym żulem, a jak się później okazało stanowił połączenie żula i robotnika państwowego zakładu produkcyjnego. Na naszą podobną gatkę zareagował niezwykle szybko, mówiąc mniej więcej coś w tym stylu: ‘Ty nie pierdol tutaj farmazonów, słyszałem jakżeś kurwa dwie ulice wcześniej po polsku nawijał..’. Tym samym zwykły, szary, prosty człowiek okazał się najinteligentniejszą ze wszystkich osób, które dane nam było tej nocy spotkać na swojej drodze. Chcielibyśmy mu z tego powodu życzyć wszystkiego dobrego!

Opublikował/a Kłopot