Pytania z serii dlaczego

22/09/2011

Kończy się jakże wspaniały okres wakacyjny. Wielu z nas zapewne już myślami siedzi gdzieś w ławkach lub robi kolejne projekty. Pomału wkrada się do każdego umysłu odrobina nurtu sentymentalnego. Zaczynamy wspominać jak efektywnie spędziliśmy czas wolny od nauki i czy mogliśmy go jeszcze lepiej wykorzystać.
Przywołując wspomnienia, zacząłem przypominać sobie kilka pytań, które to nasunęły mi się w podczas ostatnich trzech miesięcy, a których za bardzo nie miałem czasu bądź chęci przenieść ‘na papier’. W zasadzie wszystkie pytania zaczynają się tak samo: ‘Dlaczego.. ?’.
Pierwsza sytuacja miała miejsce, kiedy przemieszczałem się rowerem na wcale nie krótkiej trasie poprzez okoliczne wioski, tudzież ‘wypiździejewa’. Pełno przywiązanych do bud/uwięzionych na łańcuchach psów, non stop szczekających i robiących hałas na całą okolicę, jeden przez drugiego. Pytam się dlaczego ludzie trzymają psy, jeżeli nie pełnią one absolutnie żadnych pożytecznych funkcji (nie pilnują, bo jak mają pilnować będąc ‘uziemione’, nie pracują w zaprzęgach jak np. Husky w typowo zimowych krajach, nie są wychowywane, więc nie mogą nawet bawić się z nimi dzieci), a stanowią tylko i wyłącznie zbędny koszt dla właścicieli i są przekleństwem dla sąsiadów, którzy akurat ujadania psów 24/h nie tolerują.
Kolejna sytuacja dotyczy momentu, w którym to do mojej głowy dotarły informacje jakie wynagrodzenie otrzymuje ta cała masa telewizyjnych klaunów w tak zwanych ‘programach rozrywkowych’. O ile dobrze pamiętam, osoba ‘zarabiająca’ najmniej ma miesięczne wynagrodzenie w wysokości około 20 tysięcy złotych. Pominę tych, co ‘zarabiają’ najwięcej. Pytam się dlaczego? Tylko dlatego, że regularnie pokazuje się facjatę przed kamerą i fascynuje motłoch układanymi przez kogoś lub własnymi chamskimi bądź ze skrajności w skrajność ‘fascynującymi’ tekstami typu ‘och’ i ‘ach’? Każdy, kto funkcjonuje na rynku pracy doskonale wie ile trzeba się nagimnastykować, żeby zarobić tyle w ciągu kilku miesięcy..
W zasadzie pozostawię to bez dalszego komentarza, jednak dziwi mnie, że ludzie pomimo podobnego zbulwersowania, pozwalają na to i nieustannie przymykają na to oko. Dlaczego?
I na domiar wszystkiego w dniu wczorajszym dowiedziałem się, że jedna z najbardziej popularnych amerykańskich grup rockowych R.E.M. zakończyła swoją działalność. Pytam się dlaczego? Bardziej jednak ubolewam nad tym faktem, bo oznacza to, że pomału wielkie zespoły grające muzykę przez wielkie ‘M’ schodzą ze sceny, a wśród nowych pokoleń muzyków jest spory deficyt zespołów tworzących prawdziwą muzykę. Niedługo ostaną się wyłącznie techno-śmieci i jedyne czym przyjdzie nam żyć, to tym, co ludzie umieli zagrać w przeszłości, a w zasadzie tym, jak umieli wpływać na duszę człowieka. Odczuwam z tego powodu niewysłowiony żal.


Katorżnicza przygoda

17/08/2011

Zainspirowały nas filmy nagrane przez Jacka Heliasza zarówno rok, jak i dwa lata temu. Postanowiliśmy więc z Marysiem wziąć udział w najtrudniejszym biegu w Polsce, Biegu Katorżnika odbywającym się 14. sierpnia w Kokotku koło Lublińca. Ponad rok odliczania, niepewność i ogromne nerwy przy zapisach, by w końcu doczekać się tej wspaniałej chwili. Przeprawa przez jezioro, szuwary, bagna i szeroko pojęte błoto, rowy melioracyjne, betonowe rury i całe setki przeszkód terenowych (naturalnych i sztucznych) należy chyba do najpopularniejszej w kraju, co też dało się zauważyć w dniu zapisów, gdzie po dziesięciu minutach nie było już wolnych miejsc. Bieg był najdłuższy w całej swojej siedmioletniej historii, gdyż liczył około 13km, które pokonaliśmy w nieco ponad 3 godziny. Na trasie padało wiele cytatów z poprzednich edycji: ‘- o co chodzi w Katorżniku, przed nami’, ‘- no i na to żeśmy czekali’, ‘- gdzie jest Wodnik Szuwarek!?’, ‘- ciśniesz, jeszcze weźmiemy paru’, a także całe mnóstwo epitetów powszechnie uznawanych za nieeleganckie. Te drugie dało się słyszeć, tudzież wymawiać w momencie, gdy któryś z zawodników nadział się na konar, beton, korzeń, lub dostał gałęzią drzewka iglastego po twarzy.
Na mecie wyglądaliśmy co najmniej seksownie. Wniosek ten wysnuliśmy po tym, gdy pani wręczająca spore kawały żelastwa ‘całowała się’ z nami. Z resztą nie wierzących odsyłam do zdjęcia poniżej.
Wysokie wpisowe nie odstraszyły nas od podjęcia wyzwania, a całe mnóstwo znajomych dowiedziawszy się o tym, uznało nas za niespełna rozumu kretynów, psychopatów i masochistów w jednym. Inni przeżywali przy tym większy stres niż sami uczestnicy w trosce o to, byśmy nie wyrządzili sobie krzywdy. A przecież o to nam właśnie w dużej mierze chodziło. Myślcie co chcecie! Nie żałujemy! I co więcej jeszcze nie raz pojawimy się na tym cudownym biegu, gdzie można dać upust testosteronowi i pokazać, że posiada się tak zwane jaja.
W rezultacie wszyscy i tak się cieszyli i mieli wiele powodów do śmiechu oglądając filmy i zdjęcia z naszych dokonań.


Angol godny politowania

02/08/2011

Przed kilkoma dniami wybraliśmy się z kolegą o jakże wdzięcznym pseudonimie ‘Maryś’ na wieczór kawalerski Makkiego, jednego z naszych starych, dobrych znajomych ze szkoły średniej. Tak zwany ‘event’ w dużej mierze wszedł w życie za sprawą Topola i Czarnego, naszych wspólnych kompanów na co dzień zamieszkujących dzielnicę zwaną Osową Górą. Zarówno cały tok przygotowań, jak i przebieg imprezy można w skali od 1 do 10 obiektywnie ocenić na 300. Sam wieczór kawalerski tworzy wyłącznie tło głównego wątku, mianowicie opisanie tego jakże bogatego w wydarzenia dnia (a w zasadzie dwóch dni), stanowiłoby temat na oddzielny artykuł.
Podczas trwania potocznie zwanych ‘baletów’ w jednym z miejscowych klubów, mając w swoich organizmach już znaczną ilość alkoholu etylowego, postanowiliśmy z Marysiem ‘przetestować’ znajomość niebywale popularnego w ostatnich latach (zwłaszcza wśród osób kształcących się w szkołach wyższych) języka angielskiego. Podszyliśmy się pod zupełnie fikcyjne tożsamości obywateli Anglii i Szwecji rzekomo biorących udział w programie Erasmus i próbowaliśmy dowiedzieć się od przypadkowych osób gdzie można się jeszcze pobawić w naszym mieście. Wyniki tego jakże ludycznego jak się okazało eksperymentu możemy jednogłośnie ocenić jako żałosne. Wielu osobom tylko wydaje się, że umieją mówić po angielsku, rzucając pojedynczymi słowami i próbując dogadać się za pomocą gestykulacji oraz używania w co piątym wyrazie polskiego odpowiednika. Oczywiście wzięliśmy sporą poprawkę na fakt, że osoby biorące udział w eksperymencie były już mocno ‘zalane’ i ledwo trzymały się na nogach. Posługiwanie się w miarę składnymi zdaniami w języku polskim stanowiło dla nich nie lada wyzwanie, a co dopiero w języku angielskim.
Z drugiej strony, mieliśmy z Marysiem podobne zaburzenia linii horyzontalnej, a mimo to zachowaliśmy resztki ‘trzeźwego umysłu’, choć może to określenie nie jest w tym przypadku zbyt trafne.
Całe nasze doświadczenie zakończyło się podczas drogi powrotnej do domu, kiedy to na ulicy Dworcowej spotkaliśmy pana, który na pierwszy rzut oka wydawał się pospolitym żulem, a jak się później okazało stanowił połączenie żula i robotnika państwowego zakładu produkcyjnego. Na naszą podobną gatkę zareagował niezwykle szybko, mówiąc mniej więcej coś w tym stylu: ‘Ty nie pierdol tutaj farmazonów, słyszałem jakżeś kurwa dwie ulice wcześniej po polsku nawijał..’. Tym samym zwykły, szary, prosty człowiek okazał się najinteligentniejszą ze wszystkich osób, które dane nam było tej nocy spotkać na swojej drodze. Chcielibyśmy mu z tego powodu życzyć wszystkiego dobrego!


Płaćcie frajerzy

10/07/2011

Nie tak wcale dawno temu widziałem gdzieś przypadkiem w telewizorze kolejną reklamę/propagandę z cyklu ‘jesteście frajerami’. Wypowiada się w niej jakiś pan XYZ, któremu przypisano wysoką pozycję prezesa. ‘Przekonuje’ nas w niej, że jeśli będziemy sumiennie opłacać abonament radiowo-telewizyjny, to wówczas takie narzędzie, jakim jest telewizja stanie się uniezależnione od władzy politycznej, bo będzie w stanie finansować się wyłącznie z tytułu opłacanego przez nas abonamentu (w chwili obecnej oczywiście finansuje się zarówno z abonamentu, jak i ze skarbu państwa, czyli krótko mówiąc z naszych podatków). Pan prezes stara się przeciętnemu Janowi Kowalskiemu pokazać multum korzyści płynących z tego, że będzie płacił nie mały z resztą abonament. Między innymi chodzi o to, by udowodnić panu Jasiowi, że telewizja będzie jedynym wiarygodnym i zarazem najpewniejszym źródłem informacji, w którym to obiektywnie oceniać się będzie wszystkich, zarówno koalicję rządzącą jak i opozycję.
Niefart chciał, że równolegle odbywają się kolejne ‘afero-skandale’, poszukuje się kolejnych sensacji i okazji, by oczernić opozycję, a jednocześnie manipulować przyszłymi głosami wyborców. Z pewnych osób robi się mówiąc wprost debili i psychopatów, wmawiając odbiorcom, że tak w istocie jest. W związku z powyższym na jakiej podstawie ludzie mają uwierzyć, że w istocie będzie panował szeroko pojęty obiektywizm?
Nie wspominając już o potencjalnych partiach, które nie są w sejmie i w ogóle nie mają możliwości dotarcia do społeczeństwa ze swoimi programami poprzez telewizję (jakimś dziwnym trafem, ciekawe dlaczego). Niby nie ma czasu antenowego? To może w czasie wakacji, zamiast puszczania ludziom po raz dziesięciotysięczny ‘Stawki większej niż życie’, ‘Czterdziestolatka’, ‘Zmienników’, ‘Janosika’, ‘Samych Swoich’ (…), kilku powtórek dziennie serialowych tasiemców i tym podobnych, przeznaczyć ten czas dla partii, które chcą także się pokazać?
Jest to jednak temat na oddzielny artykuł, więc poprzestanę na razie na tym, co dzieje się aktualnie.
Gdyby nawet doszło do sytuacji, w której nagle wszyscy zaczynają słuchać szanownego pana prezesa, wynik byłby prawdopodobnie taki, że i tak nic by się nie zmieniło w kontekście uniezależnienia od władzy, a środki uzyskane od większej liczby płacących abonament zostałyby zapewne przeznaczone na podwyższenie stawek godzinowych dla prezenterów, osób robiących tak zwane żałosne ‘show’ lub innych, mniej widocznych pracowników.
Może przez wzajemny szacunek nie warto robić z ludzi idiotów.
Ludzie zaś winni pokazać honor, obudzić w sobie resztki racjonalizmu i nie stawać się idiotami.


Definicja biedoty i bogactwa

27/09/2010

Moją uwagę ostatnimi czasy przykuwają określenia kierowane w stronę mniej zamożnych ludzi, na których zwykło się powszechnie mawiać ‘biedni’. W ogóle odnoszę wrażenie, że osoby posługujące się takim epitetem są nieuświadomione co do istoty wyżej wspomnianego wyrazu.
Należy zacząć od tego, że przyjęło się nijako nazywać człowieka biednym jeżeli nie ma on wystarczającej ilości środków do życia. Sformułowanie to jest oczywiście zależne od pojmowania przez daną osobę sytuacji niedostatku. Dla jednych niedostatkiem może być brak samochodu (jako utrata potencjalnych korzyści związanych na przykład z czasem, który przeznacza się na dojazd do pracy), dla drugich zaś brak pożywienia (jako niemożność zaspokojenia podstawowej potrzeby człowieka, potrzeby fizjologicznej).
Jakkolwiek słowniki lub encyklopedie mogą definiować to w zbliżony lub identyczny sposób, tak w tym miejscu chciałbym przytoczyć swoje subiektywne spostrzeżenie w tej kwestii.
Z ekonomicznego punktu widzenia nie można powiedzieć, że konsumenci dzielą się na ‘biednych’ i ‘bogatych’. Wyróżnia się typ konsumenta zamożniejszego (tudzież klienta skłonnego do przeznaczenia większej ilości zasobów w celu zaspokojenia pragnień i potrzeb, najczęściej wyższego rzędu), a także konsumenta mniej zamożnego (inaczej ujmując klienta ograniczającego się do wydatkowania środków pieniężnych w celu zaspokojenia potrzeb podstawowych).
Z socjologicznego punktu widzenia zaś, można by przytoczyć następujące określenia dla niniejszych grup społecznych, mianowicie ‘osoby pracujące’ i ‘osoby leniwe’.
W dużym uproszczeniu i bez zbędnego rozwodzenia się ‘osobami pracującymi’ nazwalibyśmy grupę ludzi, która byłaby odłamem, czy gałęzią ‘bogatych’. Definiowalibyśmy ‘pracujących’ jako tych, którzy uzyskują comiesięczne środki finansowe z tytułu pracy i mogą przeznaczać je na różne cele.
‘Leniwi’ zaś byliby odłamem ‘biednych’. W tym przypadku definicja określałaby tych, którzy nie pracują, żyją w przekonaniu, że wszystko im się należy i którzy uważają, że skoro inni mają, to dlaczego oni również nie mogą mieć.
Reasumując, biednym może być osoba, która w wyniku wypadku bądź złośliwego zrządzenia losu straciła rękę, nogę, czy doznała porażenia mózgowego i tym podobne. Biednym nazwiemy kogoś, kto fizycznie nie jest zdolny do pracy lub kogoś kto z powodu takiego a nie innego, nie jest w pełni zdolny do pracy (choroba psychiczna, brak kończyn i tak dalej).
Bogatym zaś jest każdy człowiek ciężko pracujący, starający się wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej, w pełni świadomy swojej wartości, a także czerpiący satysfakcję z tego co robi.
Definicja słowa ‘bogaty’ i ‘biedny’ w moim mniemaniu nie odnosi się do wartości kapitałowych, a do wartości czysto fizycznych i duchowych, do tego jak postrzegamy świat i jak bardzo chcemy go zmieniać, jak szanujemy samych siebie i jak wypadamy na tle innych osób.
Ludzie natomiast, którzy nawet jeśli pracują, mają miejsce mieszkalne, samochód, a mimo to są przeświadczeni w określaniu samych siebie biednymi (bo ktoś na przykład ma ładniejszy dom, czy nowszy samochód, a oni nie), są po prostu ludźmi chciwymi, zazdrosnymi i próbującymi w ten sposób zatuszować swoje lenistwo wynikające z nieukończenia szkoły i pójścia na tak zwaną łatwiznę.


Powrót do tragedii

27/06/2010

Niemal trzy miesiące temu byliśmy świadkami niebywale przykrej katastrofy o wręcz niewysłowionym dla naszego kraju rozmiarze. W momencie śmierci tylu ważnych osobistości większość z nas zadawała sobie często pytania odnośnie najbliższej przyszłości, a także próbowała jakoś na swój sposób przeboleć ten cały szok i dramat.
Zdecydowałem się powrócić do tego smutnego wydarzenia po tym, jak spotkałem się z opiniami wielu osób co do pogrzebu pary prezydenckiej. Przedmiotem sporu było oczywiście miejsce pochówku głowy państwa wraz z małżonką. Część osób była przeciwna pochowaniu (ówcześnie) najważniejszych ludzi w kraju na Wawelu, pośród wielu historycznych znakomitości. Jako główny argument podawano fakt, iż nie zasłużyli się niczym wielkim lub nie wystarczająco dużym w swoim życiu na Ziemi.
W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że całkowicie nie zgadzam się z tego typu poglądami. Nie mają one bowiem zasadniczo żadnego znaczenia jeśli chodzi o odniesienie się do głowy państwa. Chodzi bowiem o sam respekt, hołd w stosunku do stanowiska/funkcji prezydenta, najważniejszego człowieka w kraju, niezależnie od tego jakie nazwisko posiadał, co robił w życiu prywatnym, jaką politykę prowadził, w jaki sposób reprezentował kraj, jakie błędy popełniał i jakie sukcesy są mu przypisywane. Ludzie muszą zrozumieć, że są rzeczy ważne i najważniejsze.


Koperta

26/12/2009

Z czym może nam się kojarzyć koperta? Oczywiście z listem, dokumentem, bądź pieniędzmi. Z uwagi na obchodzone nie tak dawno urodziny oraz Święta Bożego Narodzenia chciałbym w niniejszym artykule skoncentrować się na tym ostatnim skojarzeniu.

Kawałek papieru, specyficznie złożony i sklejony stanowi w dzisiejszych czasach dość powszechny sposób ofiarowania prezentu w postaci banknotów o wyższych lub niższych nominałach. Z punktu widzenia nadawcy jest to niezwykle wygodne i szybkie. Dana osoba nie musi się trudzić przy wybieraniu prezentu i nie musi wcale znać zainteresowań odbiorcy. Kieruje się typowym założeniem ‘Coś sobie za to kupi..’.

Z perspektywy osoby, która otrzymuje kopertę jest to widok ‘banalności’, braku poświęcenia. Koperty nie można otworzyć ‘przy wszystkich’ i okazać radości, jak by to mogło mieć miejsce w przypadku otrzymania zapakowanego prezentu. Na dobrą sprawę daną kopertę z zawartością można by schować gdzieś w szafie i ‘kisić’ do najbliższej uroczystości, podczas której ofiarowałoby się to samo osobie, która jakiś czas wcześniej nam ją wręczyła. Wychodzi z tego błędne koło, które na dobrą sprawę coraz częściej pojawia się w naszym życiu czy jesteśmy tego świadomi, czy nie.
Widok koperty, nawet jeśli wewnętrznie cieszy, zmusza do chwili namysłu, której podjąłem się ostatnimi dni.

Wniosek: Co mamy z koperty? Jajo (dżi-aj-dżo)..

Tym krótkim wpisem kończę poświąteczną chwilę pobudzenia tej bardziej ścisłej połowy mózgownicy.


Mankamenty Świąt

28/11/2009

Generalnie wszystkim chyba ludziom Święta Bożego Narodzenia kojarzą się z czasem najlepszego wypoczynku, chwil spędzonych w rodzinnym gronie oraz noszeniem w sercu uczucia czystości. Z roku na rok niestety potęguje się zjawisko świątecznych zakupów, ludzkiego wytworu nie mającego nic wspólnego z prawdziwym obliczem Świąt, okazji osiągnięcia ogromnych zysków przez wielu producentów i narobienia wielu ogromnych długów poprzez branie kredytów przez osoby uboższe.
Przed kilkoma laty zjawisko to miewało miejsce najczęściej na tydzień, góra dwa tygodnie przed nadejściem Wigilii. W roku obecnym choinki, ozdóbki i inne pierdoły można było dostrzec w hipermarketach wraz z zakończeniem się Święta Zmarłych.
W dniu dzisiejszym 28.11.2009 trafiłem niechcący na moment, kiedy pobliski hipermarket oblężony został przez całą watahę różnych ludzi, którzy pałętali się między półkami na okrągły miesiąc przed Wigilią.
Być może z roku na rok to ja przeżywam coraz to większą nerwicę na widok tłumów przepychających się między regałami i oczekujących w kilkunastu metrowych kolejkach do kas (o tym nieco niżej), ale fakt faktem coraz to więcej ludzi z biegiem czasu ‘uderza’ do tego typu sklepów tworząc prawdziwe rojowisko. Robienie niezbędnych zakupów spożywczych (jak co tydzień) w takich warunkach męczy podwójnie zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Traci się o wiele więcej czasu przeciskając się w labiryncie półek i oczekując kilkanaście minut w kolejce do kas, które żeby było śmiesznie otwarte są w ilości raptem kilku.
Każdy klient oddziałuje negatywnie na innego klienta, generuje różnego rodzaju przekleństwa i frustracje, co przyczynia się poniekąd do zatracenia właściwej istoty Świąt – wzajemnego wybaczania, jednoczenia się w modlitwie, radowania z pamiątki jaką są narodziny Chrystusa.
Oczywiście pominąć można osoby niewierzące lub innowierców, ale wówczas nasuwa się pytanie – po co kupują na Święta prezenty?
Kończę temat, gdyż wchodzić już zaczyna w sferę typowo religijną, a niniejszej kwestii zdecydowaliśmy się nie podejmować. Zaznaczyć jeszcze należy, że niniejsze ‘wtrącenie’ tyczy się tylko i wyłącznie istoty robienia przedświątecznych zakupów..
Odrobinę więcej refleksji nad tym co się robi, jak na dobrą sprawę marnotrawi się cenny czas i jak z roku na rok media coraz to bardziej ogłupiają społeczeństwo poprzez ukazywanie coraz to bardziej idiotycznych reklam..


Degenerat w moro

14/11/2009

Tytuł artykułu brzmi raczej jak tytuł jakiegoś fantastycznego opowiadania i nawet poniekąd je stanowi, za wyjątkiem słowa kojarzonego z wyobraźnią. Która to już z kolei podróż polskimi kolejami, podczas której odnosiłem wrażenie, jakby jakiś czas temu nastąpił spadek rozwoju intelektualnego ludzkości. O tym po raz kolejny traktować będzie niniejszy wpis.
‘Degenerat w moro’ usiadł, a w zasadzie ‘rozwalił się’ naprzeciwko mnie podczas jazdy pociągiem, kierującym się ku północy. Z początku wydawał się osobą w miarę spokojną. Z twarzy wyglądał na trzydzieści parę lat, miał świeży zarost, czarny sweter, ubrudzone od błota czarne buty i.. spodnie moro. Wyciągnął i położył na stoliku dwa telefony. Z początku myślałem, że może chce w ten sposób pokazać jaki jest ‘fajny’, albo ‘ważny’. Po chwili zaczęła się prawdziwa masakra. ‘Typ’ niniejszy począł wykonywać przeróżne telefony. Raz do kobiety, która była mu dłużna pieniądze, raz do żony, raz do matki, a jeszcze innymi razy do kumpli. Można było usłyszeć przeróżne sposoby wysławiania i zachowania się: zaawansowany slang, mowę potoczną, kolokwializmy, czy wybuch rechotu na cały przedział. W zasadzie szybko zaznaczył swoją obecność w sposób negatywny.
Najbardziej groteskowe jednak było jego oświadczenie, że w niedzielę zamierza udać się do spowiedzi.. Przez niemal całą drogę, czyli jakieś trzy godziny nieustannie rozmawiał przez telefon lub jadł słodkie bułki popijając jogurtem, by w rezultacie pozostawić po sobie ogromny syf.
Oczywiście nie obyło się bez ‘sieczki’ puszczonej przez głośniczek telefonu, czy przez słuchawki odtwarzacza mp3, które jednak swoją jakością powodowały, że słychać było dźwięki w całym przedziale.
W pamięci mej najbardziej utkwiły jednak słowa kierowane do swojego synka, których parafraza przedstawia się w następujący sposób: ‘No siema mały, tatuś wróci w niedzielę, wiesz? Taaak synku, zrobimy zwałę. No nie pierdziel, że nie tęsknisz, mały.. Tatuś cie kocha, wiesz? A ty mnie kochasz? No jak to młody? Trzymaj się, pozdrów mame, nara.’.
Mógłbym to pozostawić bez komentarza i tak chyba zrobię, gdyż każda osoba w miarę inteligentna sama doskonale zda sobie sprawę z tego, jak mógłbym w tym momencie o tej rodzinie pomyśleć.
Kiedy to ‘degenerat’ wysiadł w końcu na swojej stacji, rozległy się przeróżne wrzaski dobiegające z peronu. Kiedy osobowy ruszył w końcu dalej, dostrzegłem wyżej wspomnianego ‘tatusia’ z kolegami poubieranymi w luźną odzież, stojącymi wraz z kilkoma butelkami wódki, pokazującymi jakieś gesty w kierunku oddalającego się pojazdu szynowego.
Zastanawia mnie jak sytuacja wyglądać będzie za lat kilka, jak bardzo nasz naród zostanie poddany degeneracji przez nieustannie zaniżający się poziom edukacji w szkołach podstawowych, gimnazjach, czy szkołach średnich lub zawodowych. Szkoła oprócz poszerzania horyzontów wiedzy i myślenia, winna również uczyć dyscypliny, pewnej etyki, z której coraz to bardziej się szydzi i totalnie ją olewa.
Przez to właśnie kreują się „degeneraci w moro”, którzy przekazują swoją głupotę kolejnemu pokoleniu. Podstawowymi wartościami zaś są u nich alkohol, zabawa, dorywcze pieniądze i rozstrzyganie nieporozumień przy użyciu pięści.
Ciekaw jestem jak takie osoby odnajdują się w społeczeństwie, gdyż stanowią oni raczej hermetycznie zamkniętą grupę, która winna być na dobrą sprawę odizolowana od normalnych ludzi lub po prostu poddana solidnej resocjalizacji.
To właśnie dowód na to, że demokracja w naszym kraju bardziej przyczynia się do niszczenia niż rozwijania kultury. Niektórym po prostu ‘wolność’ mocno szkodzi, czy są tego świadomi, czy nie.


Marketowy paradoks

05/11/2009

Po długim czasie, kiedy to skończyły mi się dobra konsumpcyjne zmuszony byłem udać się do sklepu w celu zaopatrzenia się w kolejną porcję produktów. Udając się do supermarketu ‘XYZ’ (w końcu nieco taniej i wszystko na miejscu), zapełniłem koszyk niezbędnymi rzeczami i udałem się do kasy. Tym razem stosunkowo szybko przechodzę do pointy, gdyż w całej procedurze zakupów ta czynność mnie najbardziej od dłuższego czasu irytuje.
W kolejce za mną czeka sporo osób, którzy również się gdzieś śpieszą, kupują mało, chcą jak najszybciej wyjść z zatłoczonego budynku. Oczywiście robię wszystko, by zarówno im jak i sobie skrócić zmarnowany czas, szybko pakuję zakupy do reklamówki, nie chcę szukać drobnych w portfelu, więc podaję kasjerce banknot z nieco wyższym nominałem. Następnie wyciągam w jej kierunku rękę, by przesypała mi całą masę drobniaków, które stanowią resztę. Na logikę jest to raz, że szybsze, a dwa wygodniejsze. Nie! Po co, skoro można wysypać cały stosik groszaków na śliski blat stanowiący część kasy. Oczywiście miła i uprzejma pani zaczyna w tym samym momencie obsługiwać następnego konsumenta, przesuwając skasowane produkty prosto w miejsce wysypanych wcześniej bilonów.
W takich momentach irytuje mnie debilizm kasjerek tam pracujących. Brak myślenia, tylko ograniczanie się do czynności wykonywanych przez maszyny: ‘Dzień dobry, proszę, dziękuję, do widzenia’.
Brak w tym wszystkim założenia: ‘szybko i wygodnie’, zastępuje je natomiast: ‘byle szybciej, bezmyślnie i do przodu’.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.