Katorżnicza przygoda

17/08/2011

Zainspirowały nas filmy nagrane przez Jacka Heliasza zarówno rok, jak i dwa lata temu. Postanowiliśmy więc z Marysiem wziąć udział w najtrudniejszym biegu w Polsce, Biegu Katorżnika odbywającym się 14. sierpnia w Kokotku koło Lublińca. Ponad rok odliczania, niepewność i ogromne nerwy przy zapisach, by w końcu doczekać się tej wspaniałej chwili. Przeprawa przez jezioro, szuwary, bagna i szeroko pojęte błoto, rowy melioracyjne, betonowe rury i całe setki przeszkód terenowych (naturalnych i sztucznych) należy chyba do najpopularniejszej w kraju, co też dało się zauważyć w dniu zapisów, gdzie po dziesięciu minutach nie było już wolnych miejsc. Bieg był najdłuższy w całej swojej siedmioletniej historii, gdyż liczył około 13km, które pokonaliśmy w nieco ponad 3 godziny. Na trasie padało wiele cytatów z poprzednich edycji: ‘- o co chodzi w Katorżniku, przed nami’, ‘- no i na to żeśmy czekali’, ‘- gdzie jest Wodnik Szuwarek!?’, ‘- ciśniesz, jeszcze weźmiemy paru’, a także całe mnóstwo epitetów powszechnie uznawanych za nieeleganckie. Te drugie dało się słyszeć, tudzież wymawiać w momencie, gdy któryś z zawodników nadział się na konar, beton, korzeń, lub dostał gałęzią drzewka iglastego po twarzy.
Na mecie wyglądaliśmy co najmniej seksownie. Wniosek ten wysnuliśmy po tym, gdy pani wręczająca spore kawały żelastwa ‘całowała się’ z nami. Z resztą nie wierzących odsyłam do zdjęcia poniżej.
Wysokie wpisowe nie odstraszyły nas od podjęcia wyzwania, a całe mnóstwo znajomych dowiedziawszy się o tym, uznało nas za niespełna rozumu kretynów, psychopatów i masochistów w jednym. Inni przeżywali przy tym większy stres niż sami uczestnicy w trosce o to, byśmy nie wyrządzili sobie krzywdy. A przecież o to nam właśnie w dużej mierze chodziło. Myślcie co chcecie! Nie żałujemy! I co więcej jeszcze nie raz pojawimy się na tym cudownym biegu, gdzie można dać upust testosteronowi i pokazać, że posiada się tak zwane jaja.
W rezultacie wszyscy i tak się cieszyli i mieli wiele powodów do śmiechu oglądając filmy i zdjęcia z naszych dokonań.


Irracjonalizm wtórny

10/04/2009

Często, choć nie chcemy czegoś wiedzieć pomimo wszystko musimy to oglądać. Tak też jest w tym przypadku. Wielokrotnie będąc świadkiem nie tyle ‘głupoty’, co beznadziejnego nonsensu w wykonywaniu czynności na pozór prostych i oczywistych zastanawiam się i zadaje sobie proste pytanie: Po co? Otóż chodzi o błahą na pozór sytuację przesiadki z autobusu na tramwaj tudzież z tramwaju do autobusu w miejscu do tego przeznaczonym a mianowicie na zajezdni autobusowo – tramwajowej WYŚCIGOWA. Nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby nie to, że ludzie zmieniając środek komunikacji miejskiej po prostu biegną. Nie wiem czy chodzi o jakieś ukryte zawody pomiędzy poszczególnymi zawodnikami, czy po prostu o świadomość, że jest się lepszym, ale obserwując z boku ów sytuację wydaje się to nadzwyczaj ludyczne, a czasami nawet groteskowe. Nie mam kompletnie pojęcia, dlaczego ludzie robią tak a nie inaczej, ale bynajmniej nie mam zamiaru tego dociekać. Śmieszny natomiast jest fakt samej przesiadki.

Z racji tego, że jestem ‘stałym’ użytkownikiem ZDMiKP mam niemałe doświadczenie i niejedno już widziałem. Najefektowniejsze stają się przesiadki z tramwaju do autobusu (zazwyczaj linii 70). Podczas gdy tramwaj podjeżdża do finalnej stacji ludzie gromadzą się masowo przy drzwiach, by następnie z przysłowiowego ‘pole position’ wystartować do walki o miejsca siedzące. Muszę tutaj zaznaczyć, że niekiedy osobiście również daje porwać się tej rywalizacji z bliżej nieokreślonych przyczyn. Ale wracając do opowieści, po zejściu z pokładu rozpoczyna się szaleńczy wyścig. Ludzie na początku nie wyrażają zbytniej chęci (szczególnie Ci z przodu), ale gdy nadjedzie kolejny tramwaj albo, gdy ktoś z tyłu zacznie ich wyprzedzać podbiegając, większość z nich postanawia podjąć wyzwanie i zmierzyć się z przeciwnikiem. Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie biegną, ponieważ równie dobrze mogliby wszyscy iść i nie miałoby to większego znaczenia, ale tego po prostu nie pojmuje.

Innego razu podczas wysiadania z autobusu linii 72 (tym razem na tramwaj) dostrzegłem, że pewna Pani biegnąc na tramwaj (zaznaczam, że nie w celu, aby zdążyć na niego, ale by usiąść) nagle potknęła się i wywróciła. Nie było to śmieszne, aczkolwiek muszę przyznać, że mnie rozbawiło. Jest to po prostu nonsens.

Przechodząc do podsumowania całego zdarzenia. Zaobserwowałem prawidłowość dotyczącą właśnie przesiadania się. Brzmi ona tak: „Jeśli siedzisz w autobusie, to raczej nie będziesz siedział w tramwaju”. I oczywiście można także odwrócić sens tego zdania: „Jeśli w autobusie stoisz, to znaczy, że masz dużą szansę, aby usiąść w tramwaju”. Potwierdzeniem mojej tezy niejako może być fakt, że racjonalnie podchodząc do faktu, przy obecnym tłumie ludzi korzystających z MZK niemożliwe jest by siedzieć w obu środkach komunikacji. Ponadto nie wiem, jaki sens ma samo biegnięcie, aby usiąść, skoro liczba siedzeń jest stała, a to znaczy, że i tak niektórzy będą stali w przeciwieństwie do innych, nieważne czy będą biegli czy też nie. Cała przesiadka z normalnego zmienienia środka łączności stała się wyścigiem po jak najlepsze miejsce. Może właśnie dlatego to miejsce nazywa się nie bez kozery WYŚCIGOWA.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.